Kiedy zdecydowałam się pisać bloga, jako posiadaczka umysłu strukturalistycznego poczułam – już przed napisaniem pierwszego posta – że muszę go jakoś nazwać. Jestem w tym beznadziejna. Wymyślanie rzeczy dla innych? Give me more. Cokolwiek dla siebie? Nie dzięki.
Wtedy, cały na biało, cały w okruchach sucharów, na białym kucu wjeżdża Paweł, i na moje pytanie, czy potrafi określić mnie jedna fraza mówi: „Nie widzę przeszkód”. Smaczku tej chwili dodaje jego mina, która jest parodią mojej, kiedy wielokrotnie tę frazę powtarzam. Tak! To cała ja! I nie przeszkadza mi, że fraza jest cytatem z dowcipu o niewidomych – pożyczam, obiecuję nie zepsuć. Bo ja naprawdę nie widzę przeszkód!
Kiedy?
Wtedy, kiedy klient pyta czy postawimy sklep w czasie niemożliwym do wdrożenia.
Albo wtedy, kiedy trzeba zrobić 3 rzeczy naraz.
Albo być w kilku miejscach naraz.
Albo polecieć nagle na kilka tygodni do Portugalii opiekować się szalonym kotem bez łapki.
Wtedy, kiedy w ciągu jednej doby decyduję się być na weselu brata i kinderbalu na działkach.
Kiedy w piątek wysyłam projekty, we wtorek rodzę, a w poniedziałek robię poprawki do projektu.
Kiedy zdrapuje się na ogromny klif nie wiedząc jak z niego zejść?
Albo wtedy, kiedy decyduję się mieszkać w dwóch miejscach na raz?
Tak. Nie widzę przeszkód.
Bardzo jestem wdzięczna Pawłowi za to sformułowanie. Bo nagle okazuje się, że jestem optymistką. Że bywam inspirująca. I wspieram otoczenie. Fajnie!
Bo jeszcze kilka lat temu byłam po prostu „człowiekiem problemem”. We wszystkim widziałam zagrożenia. Bałam się wielu rzeczy, decyzji, sytuacji. Zamykałam sobie drogę do doświadczania świata w sposób pełny i intensywny.
Jak do tego doszło – nie wiem 🙂
Na pewno ta zmiana została przeprowadzona droga ślamazarnej ewolucji. Tak ślamazarnej, że naprawdę jej nie dostrzegłam. Witaj Majowa jutrzenko! Teraz prawdziwie żyję, czuję, doświadczam i poznaję – bo nie widzę problemu.
Czy takie życie jest dobre? Jeśli lubi się adrenalinę i konstrnację – jak najbardziej! Nie polecam poszukiwaczom rozsądku, bo zuchwałe „nie widzę przeszkód” kieruje mnie często w rejony – jakby to delikatnie nazwać – wysokiego ryzyka. Ale „yolo – style” dobrze z tym wibruje i sprawia, że życie i praca w tym nurcie to niesamowita przygoda. Pamiętam kiedy słuchałam piosenki „Quiet life” Blixy Bargelda i z brodą w podkówkę nuciłam:
No quiet life
No quiet life for me
A quiet life for someone
No quiet life for me
Dobrze, że potem algorytm przełączył mnie na Hioba Dylana i przeniósł do świata dilera, który chce zostać kowbojem.
Tak, tak naprawdę nigdy nie chciałam nie chciałam mieć spokojnego życia.