”Model wszystko” jest bardzo pojemny i trudno go uchwycić w jednym obrazie, ale można o nim opowiadać na przykładach. Ten wydał mi się idealny. To będzie opowieść o tym, jak rano nie miałam bloga a popołudniu go miałam.
O pisaniu myślałam już dawno. Projektując i wdrażając kolejne blogi dla swoich klientów miałam wiele razy okazję podumać nad tym, czy i dla mnie nie byłaby to ciekawa opcja. Paraliżowało mnie jedno: przymus regularności. Bo wiadomo, jeśli publikować, to regularnie. Blog, o którym myślałam, miał być blogiem eksperckim, skupionym wokół designu i technologii. Jeśli nie potrafiłam nawet przyjaźnie spojrzeć na sam pomysł regularnego pisania postów na te tematy – porzuciłam ten pomysł bez żalu.
Ale potem przyszły wnioski i rozkminy nad profilem rozwoju mojego i mojej firmy. I wtedy zrozumiałam, że naprawdę nie muszę się do niczego zmuszać. Jeśli pisany (sic!) jest mi blog, to ten blog powstanie. Postanowiłam zaczekać.
Inspiracja pojawiła się znienacka. Zaprzyjaźniona klientka spotkała się ze mną by omówić sprawy związane z newsletterem. Rozmawialiśmy o jej blogu, jego rozwoju, pomysłach na newsletter. I poczułam, że sama mam ochotę skorzystać ze swoich rad. Dobra! Będę pisać!
Ale po swojemu. W moim tempie i rytmie. Nie według harmonogramów i strategii, które polecam klientom. Postanowiłam posłuchać co blogerzy mówią o swoich początkach. Siup – Spotify i hasło „jak pisać bloga”. Pierwszy podcast: Marcin Iwuć opowiada w 2015 jak to w 2013 zaczął pisać bloga. Dobra, słucham. Słyszę, że potrzeba dzielenia się jest dobrą motywacją. Że pisanie to frajda. Że warto. No dobra Marcin, spróbuję! Tylko od czego zacząć?
Tu z pomocą przychodzi Jacek Kłosiński. Do wyobraźni przemawia jego obrazowy opis tego, że blog powinien śmierdzieć jak męska szatnia (polecam wpis Jacka!). Że w tekście ma być wyczuwalny trud, wysiłek i praca, jaka jest wkładana w tekst. Dobra, jestem gotowa. Zobaczymy.
Otwieram pusty dokument i piszę. Coś łatwo idzie, po kwadransie mam pierwszy post. Pisałam strumieniem, bez planu i struktury, totalny flow. Dobra, piszę drugi. Potem trzeci. Po 2h mam siedem wpisów i 12 pomysłów na kolejne. Zmęczenia, wysiłku, trudu – ani widu ani słychu. Moje teksty nie śmierdzą potem, są jakieś anegdotyczne (nienawidzę gawędziarskich i anegdotycznych blogów!), lekkie, mało profesjonalne. Ale dobrze mi się je czyta. Przyjemnie się je pisało. Dobra, w takim razie najważniejszy test: pokazuje je Pawłowi. Paweł wyciąga pompony cheerleaderki i mówi: jest git! Pisz dalej! Żeby zoptymalizować proces, wrzucam szkice w domyślny szablon WordPressa – co będę czekać, coś projektować, w sumie przez kilkanaście lat funkcjonowałam bez firmowej strony www i było dobrze – niech sobie ten blog po prostu jest, ja mu się w wygląd nie będę wtrącać, robię teraz, zaraz, już, bo potem zapomnę albo mi się odechce! Podpinam subdomenę. Wrzucam linka kilku osobom. Przychodzi feedback – pisz dalej babo! No to będę pisać. I czuję, że będzie to fajna przygoda!
Ten wpis powstał głównie po to, żeby wyjaśnić że tak, wiem, że 7 postów ma tę samą datę. Niech będzie to przykład, jak szczerze i bezczelnie może funkcjonować „model wszystko”!