Czasem jest tak, że wszystko wydaje mi sie mieć sens. Bywa, że tego sensu nie widać. Ale moje doświadczenie mówi: wszystko jest po coś.
Kiedy kończyłam studia na kulturoznawstwie, specjalność literaturoznawstwo (studiując na drugą nóżkę filologię klasyczną), świeżo obroniwszy pracę magisterską o epifaniach erotycznych w najnowszej prozie polskiej, pracując jako programistka zadawałam sobie zasadne pytanie: na chuj mi te studia? Żeby oddać sprawiedliwość: studia były absolutnie wspaniałe, rozwijające, wykładowcy inspirujący, ludzie superfajni. Ale wiedziałam, że nie będę pracować w zawodzie (nawet nie wiem w jakim zawodzie mogłabym po tych studiach pracować…) Dlatego 20 lat później fakt, że dzięki tym studiom mogłam lepiej projektować i komunikować się z klientem, jest dla mnie samej dość zaskakujący. Spróbuję podsumować to, w jaki sposób studia ułatwiły mi wiele zadań zawodowych.
Logo. Prosta sprawa. Mały, prosty znak lub napis, który ma sobą coś reprezentować. Ale dobry znak to znak, który niesie znaczenie. A szukanie i wizualizowanie tych znaczeń zawsze przychodziło mi z dużą łatwością. Czy to z powodu dziesiątek godzin studiowania semiotyki? Być może. Czy pomogło przeczytanie tony książek o kulturowych znaczeniach symboli? Pewnie tak. Z tego też powodu udało mi się nie popełnić fakapów w postaci umieszczenia symbolu masońskiego w logo przedszkola. Myślę, że mój proces kreatywny którego owocem jest szkic, jest bardzo silnie oparty o 5 lat rozważań nad antropologią, kulturą i filozofią, a potrzeba budowania znaków, które znaczą, jest właśnie pokłosiem studiów.
Maile, spotkania, negocjacje. Lektura “Erystyki” Schopenhauera wiele razy uratowała moje zdrowie psychiczne – bo wiadomo, klient potrafi 😉 Sarkastyczne metody na prowadzenie sporów z rozmówcą pozwalały mi łapać dystans, dystans albo wszyscy umrzemy. Nie spodziewałam się, że akurat ta książka przyda mi się w pracy. Umiejętność pisania, co prawda nie nabyta, ale udoskonalona podczas studiów, była też bardzo pomocna. Komunikacja jest jednym z moich najmocniejszych punktów.
Moimi ulubionymi przedmiotami na studiach były teoria literatury i teoria kultury. Mogłam przyglądać się różnym narzędziom i mechanizmom, byłam nimi zafascynowana. “Morfologię bajki magicznej” Proppa czytałam z wypiekami na twarzy, bo ktoś wreszcie wyłuskał i opisał te schematy, i tak pięknie poukładał wszystko jak w pudełeczku. Takie myślenie bardzo przydało mi się w pracy z bazami danych. Jako twórczyni baz relacyjnych dzięki rosyjskiemu formalizmowi miałam umysł wyćwiczony w szukaniu powiązań i połączeń. Tych samych mechanizmów używam porządkując inne obszary mojej pracy. Cacy cacy formalizm!
Nie bez wpływu na moje projekty była też potężna dawka wiedzy ogólnej, którą otrzymałam nie tylko od wykładowców, ale też studiujących ze mną ludzi. Otwartość jest przyjacielem kreatywności, studia kulturoznawcze na pewno ją wzmocniły.
Jest mały smuteczek w tych moich wspomnieniach. Jako wyróżniająca się studentka, laureatka stypendiów ministrerialnych, marszałkowskich i rektorskich (yeah!) otrzymałam propozycję stypendium doktoranckiego. Nie mogłam jej przyjąć, bo warunki formalne były okrutne i mówiąc wprost, nie mogłabym dobrze zarabiać studiując dodatkowych kilka lat. Czy żałuję? Oczywiście, że nie. Gdybym zaczęłam doktorat, pewnie zostałabym na uczelni i nie miała takiego kolorowego żyćka 🙂