nie widzę przeszkód

neuroróżnorodny solobiznes w krainie czarów

O tym, dlaczego droga freelancera wybrała mnie (właśnie mnie!)

Naszymi wyborami kierują różne motywacje. Jedne są rozsądne. Inne wzniosłe. Moja była idiotyczna. Dojechały mnie dojazdy do pracy.

Od dziecka kierowałam się żelazną logiką. Wszystko musiało mieć jakiś sens i cel. Z matematyki też byłam niezła. Po kilku tygodniach wstawania o 6 rano by dojechać do Katowic na 8 zaczęłam liczyć: ile czasu tracę w korkach (no dobra, nie tak całkiem tracę bo słucham muzyki, ale muzyki można słuchać zawsze), ile godzin snu mi brakuje (nie zwykłam kłaść się przed 4, w nocy mogłam spokojnie czytać i uczyć się programowania), jak gwałtownie spada mi rating zadowolenia z życia. No i wyszło czarno na białym: praca stacjonarna nie ma sensu, bo przecież wszystkie zadania mogę wykonywać zdalnie. Efektem tych rozważań było założenie firmy rok po skończeniu studiów. I nareszcie mogłam żyć po swojemu! Pracę zaczynałam o 20 i kończyłam przed 6. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że nie tylko to jest zaletą bycia freelancerem. 

Teraz jest to dla mnie dość zabawne, ale wtedy, w 2007, wydawało mi się, że założenie firmy zmieniania niewiele, bo przecież będę wykonywać te sama robotę, w dodatku w lepszych warunkach, bo w nocy, na ulubionej kanapie. Borze szumiący, jak ja się myliłam!

Bo potem okazało się, że muszę być też handlowcem, księgowym, marketingowcem, copywriterem, managerem projektu, przełożonym, strategiem, studentem i wieloma innymi naraz. A ja tylko chciałam projektować i programować… Jednak wygodna kanapa, zero wkurzających bodźców i przekonanie o kontroli nad sytuacją (ha ha!) sprawiły że nie opuściłam tego szalonego statku i wybrałam się w rejs niespodziankę. 

Co przeżyłam to moje, ale wciąż byłam ze swojej decyzji zadowolona (życie bez budzika!). Do momentu kiedy zostałam mamą. Naiwnie myślałam, że odkąd mój synek zacznie przesypiać noce będę mogła wrócić do mojego trybu pracy. I znowu – nie mogłam mylić się bardziej! Zapomniałam że to moje pyzate słoneczko trzeba będzie rano ogarniać i zawozić do przedszkola! I że dzieci wstają o 7. I tak skończyła się moja freelancerska patologia i zaczęła droga ku lepszemu 🙂 

Nagle znalazłam się w rzeczywistości, w której czas pracy kurczy mi się do max 6h, bo jako bliskościowa mama nie chcę, żeby ominęły mnie najfajniejsze momenty bycia rodzicem. I nagle okazuje się, że pracowałam więcej – bo przecież rozmowy telefoniczne, calle i spotkania dzieją się w dzień. Pierwszy szok: pracowałam dużo więcej niż mi się wydawało! Drugi: na obsługę projektów, komunikację i inne niezbędne zadania muszę przeznaczyć conajmniej 3h dziennie. Trzeci: muszę projektować szybciej! A szybciej się już nie da!

Co wtedy zrobiłam? Założyłam drugą markę. A potem zaangażowałam się we współpracę i większe projekty poza moją firmą. Zaczęłam wirtualny coworking. I wzięłam pod swoje skrzydła praktykantki. Wtedy doświadczyłam magii modelu „wszystko”. Bo kiedy cały ten galopujący chaos, ku przerażeniu moich najbliższych, rozlał się po naszym życiu rodzinnym – ja osiodłałam go niczym wytrawny kowboj i z okrzykiem Yolo” zaczęłam być szczęśliwa i spełniona. 

W taki oto sposób przestałam myśleć o sobie w kontekście jakiejkolwiek składowej tego chaosu. Udało mi się zrozumieć jego strukturę i znaleźć w nim kojący porządek. I w końcu sięgnąć tego upragnionego spokoju. Ta barwna plątanina okazała się być piękną mapą mnie – zawodowej i mnie – prywatnej, oplatając mnie miękkim i barwnym kokonem samoakceptacji. 

Model „wszystko” dał mi przyzwolenie na to, żeby zaakceptować wszystkie swoje kawałki i zasoby, budując z nich wibrującą całość. 

Co było dla mnie w tamtym momencie najpiękniejsze? Brak żalu. Bo wiedziałam, że mogę wyciągnąć z szuflady więcej szalonych pomysłów i płynąć pod prąd moim kolorowym statkiem. 

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Notify of
guest
0 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments